Przyszedł czas na refleksję, muszę się zreflektować.
Kategorie: Wszystkie | na niepoważnie | refleksyjnie | tak po prostu
RSS
poniedziałek, 09 marca 2009
Zamotana w sieci

          Mam taką jedną znajomą, z którą gawędzę na Skypie. Dość często wystukujemy do siebie, o wszystkim i o niczym, takie babskie pogawędki. Zawsze tylko piszemy, bo mikrofon mi nie działa. Dawno jednak nie otwierałam mojego stacjonarnego przyjaciela, na którym mam Skypa. Miałam lekki kryzys komputerowy, co zresztą widać na blogu.

          Gdy już się z komputerem przeprosiłam, patrzę, Aneta coś skrobie na Skypie. Zaczęłyśmy sobie opowiadać, co u nas ostatnio się działo. Miałyśmy sporo do obgadania, bo dawno do siebie nie pisałyśmy. Po około 10 minutach stukania w klawiaturę i po kilkunastu zdaniach, zauważyłam, że Aneta coś dzisiaj dziwna, małomówna. Pewno dlatego, że jak mi napisała, jej mama zasłabła wczoraj. Ale mimo to, dziwne były jej zdawkowe odpowiedzi. Popatrzyłam na okienko Skypa uważniej i... O mało nie spadłam z krzesła. Czułam jak rumieniec zalał mi twarz, a serce załomotało mocniej. Tadam! Cały czas rozmawiałam nie z moją znajomą, lecz z siedmioletnią koleżanką mojej córki.

      Przejrzałam błyskawicznie tok całej rozmowy. Uff, żadnego najeżdżania na kler czy męża, żadnego seksu... Coś tam tylko napisałam o dzieciach, ale dość pozytywnie, więc córka później nie musiała się wstydzić. Jak mogłam nie zauważyć, że rozmawiam z dzieckiem a nie z dorosłą osobą - nie wiem, ale tym sposobem stałam się niesławną sieciową podszywaczką, jak ten gruby facet z reklamy.

 

środa, 21 stycznia 2009
Samotną matką być…

            Nawet przez dwa, trzy dni, podczas gdy mąż jest na delegacji, jest dla mnie dopustem bożym, karą za grzechy i pokutą za wszystkie złe uczynki.

                       Nie chodzi u o to, ze nie radzę sobie z codziennymi obowiązkami, zawieźć i przywieźć dzieci ze szkoły, podać im obiad, pomóc im w lekcjach, to w zasadzie nic trudnego. Przeraża mnie jednak świadomość, że ze wszystkimi decyzjami, pomysłami, wahaniami będę musiała poradzić sobie sama. Nikt nie doradzi, co zrobić na obiad, nie wesprze dobrym słowem, gdy w pracy wszystko się wali, nie wpadnie na genialny pomysł, gdy zepsuje się zamek od kurtki tuż przed wyjściem. Nagle cała odpowiedzialność za dopilnowanie wszystkiego spada na jedną osobę. Jej głowa, jak przestarzały PCet musi sobie zamontować dodatkową pamięć operacyjną. Bo trzeba pamiętać o wierszu na dzień babci, o pieniądzach na teatr, o zmianie podziału godzin w czwartek, że kółko plastyczne odwołane, że zabrakło chleba, że ktoś kupił na allegro smoka z dwiema głowami i trzeba go dziś wysłać, że strój galowy jeszcze niewyprasowany… Najgorsze jest właśnie to pamiętanie o wszystkim i strach, że coś istotnego się przeoczy w natłoku spraw moło ważnych, a koniecznych. Winy za to nie będzie można zwalić na drugą osobę.

                   Zostać samotną matką na dłuższą metę w moim przypadku byłoby wręcz niewykonalne. W dobie globalnej mody na wąskie specjalizacje i u nas w domu trzeba było tą metodę zastosować, żeby maksymalnie zoptymalizować przebieg wszystkich codziennych czynności. Tak więc nie umiem płacić rachunków przez Internet, w ogóle nie wiem, co płacimy. Nie znam numeru własnego konta bankowego, nie umiem zrobić przelewu. Nie poradziłabym sobie nawet z prostymi usterkami auta, nie mam numeru telefonu do naszego warsztatu i nawet nie umiem tam trafić. Nie potrafię obsługiwać pieca w kotłowni, nie wiem, kiedy przyjeżdżają śmieciarze…

                 Pocieszam się jedynie faktem, że mój mąż nie mógłby też zostać samotnym ojcem, z tej prostej przyczyny, że nawet nie miałby czasu odebrać dzieci ze szkoły, bo za długo pracuje. Nie jesteśmy więc oboje samowystarczalni i musimy zgodnie żyć w symbiozie.

             Chylę czoła przed rodzicami, zarówno ojcami jak i matkami, którzy w pojedynkę zmagają się z życiem. Odwalacie kawał ciężkiej roboty. Ja nie dałabym rady!

niedziela, 18 stycznia 2009
Mężczyzna prehistoryczny

Czasy się zmieniają i wraz z nimi obyczaje, nawet dzieci już to widzą. Czy na lepsze?

         Ostatnio próbowałam podpytać córkę, czy ma już nowych znajomych w szkole muzycznej, do której niedawno zaczęła chodzić. Stwierdziła, że owszem, jest kilka fajnych dziewczynek.

- „A jak tam chłopcy?”, - Dopytywałam się dalej.

           Marysia na to, że chłopcy są okropni, dokuczają dziewczynkom, hałasują, rozrabiają i nie da się z nimi porozmawiać poważnie. Mając na uwadze jej szczęśliwe zamążpójście za kilkanaście lat z hakiem, chciałam jakoś wyprostować ten mocno zwichrowany obraz mężczyzny. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, co tu dobrego o płci przeciwnej powiedzieć, jednak w głowie akurat miałam pustkę, jedynie gdzieś pobrzmiewało echo piosenki „facet to świnia”. Na szczęście pojawił się mąż i mnie olśniło:

 - Tatuś też był takim małym, niegrzecznym chłopcem, a popatrz jaki z niego teraz fajny gość!”- Wypaliłam.

- „Ale tatuś jest z dawnych czasów.”– Skrzywiła się Marysia.

środa, 14 stycznia 2009
Przeszłam na stronę cienia

Zostałam wampirem.

Odkryłam ponownie zapomnianą już przeze mnie grę komputerową Bite Fight. Oczywiście znowu podstępnie dałam się wciągnąć ciemnym mocom i przeszłam na stronę cienia. Dosłownie. Nie spałam nocami tylko siedziałam przed komputerem. Wkrótce sama wyglądałam jak wampir, a za dnia tak mi się chciało spać, że nie mogłam patrzeć na światło słoneczne. Mój słomiany zapał szybko dał się we znaki i gra poszła w zapomnienie. Niestety równie szybko natrafiłam na inną, która ponownie wciągnęła mnie po uszy. Na dobre.

The Witcher Versus, oparta na prozie Sapkowskiego, okazała się być grą, której nie mogę się oprzeć. Tym razem zostałam czarodziejką, a moją misją jest walczyć z wiedźminami i paskudnymi przerazami. To gra strategiczna, w której planuje się system ataku na inną postać i swoją obronę. Jest to w zasadzie bardzo rozbudowana wersja dziecięcej zabawy w „papier, nożyce, kamień”. Po zaplanowaniu walki można ją obejrzeć. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego faceci tak się ekscytują oglądając walki bokserskie. Teraz już wiem. Tu każda potyczka trzyma w napięciu aż do końca, jak dobry kryminał, bo nawet w ostatnich sekundach szala zwycięstwa może się przechylić na inną stronę. Znów przestałam sypiać po nocach. Gdy pewnej, bardzo późnej nocy kładłam się spać, mąż na wpół przebudzony wybełkotał: „ Kochanie, wstajesz już?”.

Wszystko układało się dobrze, do czasu kiedy moja czarodziejka przestała odnosić sukcesy. Nie pomagała już subtelna magia, wystarczył jeden cios grzmiącej pięści wiedźmina lub zatrute szczypce przerazy i było po mnie. Zaczęłam przegrywać. Niestety, powodowało to, że pragnęłam grać więcej i więcej. Chciałam przecież odnosić sukcesy. Moja frustracja rosła a wraz z nią zmęczenie, poczucie porażki. Wszystkie moje odczucia z gry przechodziły ukradkiem do świata realnego i zaciskały wokół mnie swe mroczne macki. Smak porażki, jest jakoś dziwnie bardzo realny, zaczyna mi się już mieszać fikcja z rzeczywistością.

Mam nadzieję, że wkrótce znajdę w sobie trochę siły i pójdę na komputerowy odwyk. Na razie postanowiłam nie grać po północy, tak na dobry początek.

Dla zainteresowanych, lecz nie posiadających tak słabej silnej woli jak ja, linki do gier:

Bite Fight, gdzie można zostać wampirem lub wilkołakiem:

http://s20.bitefight.onet.pl/c.php?uid=75602

No i rewelacyjna The Wither Versus:

http://versus.thewitcher.com/


Ostatnio otkryta wspaniała, darmowa gra na przegladarke: Wolni Farmerzy

 

[url=http://s1.wolnifarmerzy.pl][img]http://a.yfrog.com/img295/7848/avatart.png[/img][/url]

 

 

 

środa, 07 stycznia 2009
Kobieta podstępną jest

         Postanowiłam więc wykorzystać cały mój kobiecy spryt, żeby stać się w posiadaniu pewnych nieodzownych do pełni mego szczęścia informacji. 

               Jestem najpiękniejsza, najzgrabniejsza, super atrakcyjna, a do tego mądra. Tak przynajmniej twierdzi mój mąż. Nie żebym się z nim zupełnie nie zgadzała... ekhm .... ale nie ma takiej perfekcji, której nie można byłoby poprawić. Kobiety wiedzą, o czym mówię. Podpytywałam więc męża delikatnie, co mu się we mnie nie podoba, co chciałby zmienić. Nie dał się jednak zwieść i uparcie podtrzymywał, że jestem najpiękniejsza, najzgrabniejsza...

                Mężczyzna jednak nie zna się na tej całej zawiłości kobiecego umysłu, więc jak mu zaczęłam podtykać pod nos fotki różnych kobiet z gazet, nie zwęszył podstępu. Pokazywałam blondynkę i brunetkę, prosiłam o wskazanie bardziej atrakcyjnej. Podsuwałam grube i chude, biuściaste i deski, opalone i blade ... No, mogłabym pracę magisterską napisać. W pewnym momencie nerwy mi puściły i wydusiłam w końcu z siebie: Przecież ja wcale nie mam takich nóg, a mówisz, że ci się podobam! To ja jestem brzydka, tak? Jak mogę ci się podobać z takimi włosami, przecież wolisz ...

           Mężuś się wtedy zorientował i oświadczył, że na podobne pytania bez adwokata odpowiadać już nie będzie. Cóż, eksperyment szybko się skończył.                    

            A ja i tak idę jutro do fryzjera.

poniedziałek, 05 stycznia 2009
To już koniec

           Skończyła się dwutygodniowa laba. Jutro już praca. Na samą myśl o tym ciarki mi po plecach galopują i zaczyna boleć brzuch.

              Nie żebym nienawidziła swojej pracy. Po prostu ogólnie, nie lubię pracować. Czasami zadaję sobie pytanie, czy gdybym miała inną pracę to chętniej bym do niej chodziła. Być może, ale gwarancji nie ma. Musieliby mi płacić za blogowanie, granie w simy, robienie zdję, czytanie książek i spanie do jedenastej, a to raczej mało prawdopodobne. Poza tym, nie szukam innej pracy, z lenistwa, szukanie to też praca.

              W pracy spędzamy większą część doby. Z domownikami widujemy się tylko wieczorami i w weekendy. Około pół roku pracujemy po to tylko by opłacić wszystkie podatki. Gdyby nie to, że urlop jest obowiązkowy, niektórzy chętnie by z niego zrezygnowali. Może niedługo będzie tak jak w Japonii: Tylko kilka dni urlopu w roku, w sobotę wypada zajrzeć do firmy, a w niedzielę trzeba się, choć na chwilę, szefowi pokazać.  Jak wyrobnicy sto lat temu. To chore!

               Niektórzy mówią, że bez pracy to umarliby z nudów, że gdyby wygrali milion dalej  pracowaliby. Oni muszą być strasznie nudni. Poza pracą jest tyle fajnych rzeczy do zrobienia. Można podróżować, uczyć się języków, czytać, coś hodować, malować, obserwować ptaki, uprawiać jakiś sport....

              Totolotek jednak nie chce być dla mnie łaskawy, więc zostaje mi tylko czekać na emeryturę. Będziemy wtedy z mężem siedzieć na ławeczce przed domem, jak dziad z babą, pod starymi już wierzbami, wygrzewać nogi w słońcu, grać w szachy i głaskać kota...

                Rozmarzyłam się, a tymczasem jutro muszę iść do robala. Brrr!

PS. Patrzę za okno. Pada i pada, robią się gigantyczne zaspy. Może mnie zasypie, uwięzi w domu i nie dotrę do pracy?

 

niedziela, 04 stycznia 2009
Doigrałam się

              Długo musiałam prosić męża, aby zniósł ze strychu swoją starą kolejkę, którą bawił się jeszcze w dzieciństwie. Nigdy nie było na tyle czasu. Wczoraj wreszcie udało mi się go przekonać.

              Kolejka całkiem pokaźna. Tory zajęły cały pokój. Dzieciaki oczywiście przyłączyły się do przedsięwzięcia i dzielnie pomagały w rozkładaniu kolejki. Nie było to łatwe, okazało się bowiem, że pociąg przyrdzewiał, tory się powyginały i coś tam nie kontaktuje.

              Jednak sukces, udało się. Kolejka ruszyła... na niecałe trzy minuty. Przez następne trzy godziny mąż coś przy tym kombinował, rozkręcał, skręcał, dorabiał... Odniosłam wrażenie, że w tu nie tyle chodzi o zabawę, ale o to całe dłubanie. Gdy wreszcie udało mu się ponownie uruchomić kolejkę, dzieci już musiały iść spać.

              My również położyliśmy się do łóżka. Patrzył w sufit i myślał. Wreszcie powiedział: Kochanie, muszę kupić sobie samolot.

Stało się. Obudziłam śpiące na strychu demony.

 

piątek, 02 stycznia 2009
Drzwi do sypialni

               Dzieci rosną, świat się zmienia a drzwi do sypialni zyskały... klucz.

              W związku z nasilającymi się nocnymi wędrówkami zbłąkanych dzieci, klucz stał się sprawą kluczową, mającą rozwiązać wszystkie problemy tego świata. Okoliczności zmusiły nas w końcu do jego użytkowania. Pozornie wszystko wygląda prosto, wystarczy tylko przekręcić, ale pozory zazwyczaj mylą.

                Ostatnia osoba wchodząca do sypialni jest zobligowana, do złożenia wiążącej deklaracji - zamknięcia drzwi na klucz. Zamykasz - liczysz na coś więcej. Nie zamykasz - wysyłasz jednoznaczny komunikat: idę spać, z seksu nici. Złapałam się więc ostatnio na niecnym podsłuchiwaniu klucza, przekręci się czy nie. Jakby od tego dźwięku nagle zależała cała nasz miłość.

               Najgorsze jest to, że to ja zazwyczaj druga wchodzę do sypialni, wiecie, to blogowanie... Chwytając za klamkę zawsze mam dylemat: A co z kluczem? Jeśli przekręcę, a on nie ma ochoty? A jeśli nie przekręcę a później zmienię zdanie? Już przy myciu zębów rozmyślam o tym cholernym kluczu. W przeciwieństwie do nas, cała spontaniczność poszła się ........

                 Drzwi do sypialni. Otwierają, czy zamykają drogę do raju? 

 

czwartek, 01 stycznia 2009
Bardzo małe co nieco ;)

           W sylwestrową noc postanowiłam zrobić coś pysznego, czyli panna cottę, rodzinny przysmak numer jeden. 

               Tu rumowy posmak mleka i brązowego cukru przeplata się z kwaskowatością czerwonego jak krew musu truskawkowego. Zrobiłam wszystko jak przepis każe. Umknął mi tylko jeden szczegół: Przepis opiewał na cztery osoby, nas było sześć. Nalewałam, gęsty, waniliowo biały płyn do salaterek, z zamiarem włożenia do lodówki. Marysia przyglądała się wzrokiem pełnym pożądania. W pewnym momencie zauważyłam jak jej twarz zakryła chmura. W jej głosie wyraźnie było słychać niepokój:

- Mamusiu, a czy to jeszcze urośnie?

 

Czas postanowień

        Jeśli ktoś chce coś zmienić w swoim życiu i jest naprawdę zdeterminowany, każdy moment będzie na to dobry. Przełom roku jest zaś pretekstem dla tych słabych, niezdecydowanych, którzy muszą mieć jakiś dodatkowy bodziec żeby coś postanowić.

            Ja chyba niestety należę do tej drugiej grupy. W tym roku nie postanowię jednak, że będę ćwiczyć brzuszki, bo skoro abswing do tej pory służył tylko jako wieszak, marne szanse, żeby teraz było inaczej. Nie postanowię, że wyręczę męża w prasowaniu, bo dzięki temu może on sobie w spokoju obejrzeć mecz. Nie postanowię, że będę spędzać mniej czasu przed komputerem, bo... Bo nie.

             Postanawiam zaś, że w tym roku będę się pilnie uczyć. Będę się uczyć na cudzych błędach. Ten sposób edukacji jest niekosztowny, bezpieczny i szeroko dostępny. Nauczycieli będę miała wielu, wystarczy, że się rozejrzę dookoła. Wszyscy popełniają błędy, ci bliżsi i ci dalsi, lubiani i znienawidzeni, młodzi i starzy... Nie trzeba robić notatek, tylko pilnie obserwować i wyciągać wnioski.

             Postanawiam więc, że w tym roku będę dobrą uczennicą, aby w przyszłości nie być dla swoich dzieci wzorem do nienaśladowania.

 

wtorek, 30 grudnia 2008
Zbieram na piwo

           Tak miał napisane na tekturowym pudełku pewien studencina żebrający swego czasu na ulicy Floriańskiej w Krakowie.

             Fenomen polegał na tym, że jego pudełko było zawsze pełne grosza, a czasem i waluty obcej, podczas gdy pudełka innych okupujących krakowskie krawężniki świeciły często pustkami. Gość miał tak szemraną fizjonomię, że gdyby nie owy napis, nikt by mu złamanego grosza nie dał. Wszyscy mówiliby: A guzik! Na pewno na piwo zbiera!

            Jak widać więc, szczerość popłaca. Inni mają napisane, że dom im cały spłonął, mąż umarł, a wszystkie dzieci chore... Nikt im w takie bajki przecież nie uwierzy! A gdyby to jednak była prawda? Miałam koleżankę w takiej sytuacji, tyle że dzieci miała zdrowe, ale za to aż czwórkę.

            Najlepiej mają żebracy-inwalidzi, od razu widać czego im brakuje. Dosłownie i w przenośni. Niestety, wielu z nich też zbiera na wódkę, bo wszyscy powinniśmy stawiać sobie realne cele. Przecież na wycieczkę na Karaiby nie maja szans uzbierać. Takiemu to zawsze coś rzucę. Bez ręki czy bez nogi, wiele przyjemności w życiu już nie ma, już go los dość pokarał, niech więc ma takie małe zadośćuczynienie. Nie chciałabym być na jego miejscu.

             Jest też wiele organizacji zbierających na różne cele, czy to biedne dzieci, powodzian, czy uchodźców z Czeczenii. Problem polega na tym, że jest ich wiele i są anonimowe. A przynajmniej tak nam się wydaje. Do czasu.  Wszystko zaczyna inaczej wyglądać, gdy dotyka nas lub naszych bliskich.

              Pamiętam jak dziewięć lat temu siedziałam na twardym, niewygodnym stołku w szpitalu dziecięcym. W małym łóżeczku, obok mnie trzydniowa zaledwie Marysia, przyłączona do pięciu kroplówek. Z malutkiej główki i rączek sterczały wenflony. Sepsa. Mimo, że łzy zalewały oczy, nie uszedł mojej uwadze mały napis przyklejony gdzieś w rogu tej maszynerii: Ufundowane przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

                Teraz już wiem, że nie trzeba mieć wielkiego portfela by mieć wielkie serce. Tu każda złotówka czyni cuda. Nie czekajcie, aż się osobiście o tym przekonacie.

 

niedziela, 28 grudnia 2008
Pomysł na

            Pomysł na pulpety w sosie pomidorowym można kupić w każdym supermarkecie. Pomysł na wpis do bloga musi jednak przyjść sam, dobrowolnie.

                Ostatnio czytuję bardzo dużo blogów. Zbyt dużo, ale to pewnie temat na osobny wpis. Mimo, że wiele cudzych przemyśleń mnie inspiruje, nic nie mogę napisać siedząc przy komputerze. Nic, pustka w głowie. Jak na złość, wena twórcza nawiedza mnie w najbardziej niepożądanych momentach. 

              Po pierwsze, gdy kładę się spać. Niestety zazwyczaj dość późno. Gdy tylko przyłożę moją zmęczoną głowę do poduszki, z nadzieją na szybki sen, wtedy właśnie budzą się wszystkie moje myśli. Czuję bardzo namacalnie, jak fruwają białymi gołębiami po mojej pustej głowie, uwięzione jak w klatce. Wyraźnie słyszę łomot ich skrzydeł. Przed oczami, jak na ekranie, przebiegają mi całe, gotowiutkie zdania, czcionka Comic Sans MS. W głowie burza, poduszka parzy. Umysł toczy bój z ciałem, ciało wygrywa, śpię. Na drugi dzień przypominają mi się już tylko marne strzępy, które staram się jakoś pozlepiać przy klawiaturze komputera. Oczywiście, już nie jest tak jak miało być. 

              Po drugie, gdy jadę autem do pracy. Drogę znam na pamięć, więc znaczna część mojego mózgu może być zaangażowana w różne przemyślenia. Ręce jednak muszą trzymać kierownicę, pisać nie mogę. Wtedy właśnie, złośliwie, znowu dobijają mi się do głowy różne fajne określenia, malownicze opisy i metafory. Słyszę stukot klawiatury a wyrazy namolnie układają się w zdania. Ciśnienie pod czaszką przypomina wstrząśniętą wodę mineralną. Raz aż się zatrzymałam, zjechałam na pobocze i wszystko spisałam. Ulżyło mi. 

              Dobrze, że nie żyję z pisania, bo chyba klepałabym biedę. Pisuję jedynie dla przyjemności i na szczęście nie jestem na co dzień skazana na męki tworzenia. Skłamałabym, gdybym nie przyznała, że mimo wszystko blogowanie sprawia mi wielką frajdę. Gdy jednak nastanie dzień, w którym siądę przed pustym okienkiem zaawansowango edytora TinyMCE, zastanawiając się, co by tu dziś napisać, to będzie znak, że czas opuścić ławeczkę pod wierzbami.

 

sobota, 27 grudnia 2008
Tak lubię!

           No to świętujemy!

               Wstaliśmy dziś okropnie późno, koło 11. Wreszcie nikt się nigdzie nie spieszył, można było do śniadania zasiąść w piżamie. Uwielbiam takie ranki, kiedy wszyscy jesteśmy w domu, śniadanie celebruje się jak świąteczny obiad, a zaraz po nim można już szykować kawę. Tyle, że wtedy trzeba się już ubrać.

               Przed południem odwiedzili nas moi ukochani dziadkowie. Jak tylko przekroczyli próg, dzieci złapały ich za ręce i porwały do swoich pokoi. Babcia po raz enty wspominała, że się nie spodziewała, że prawnuków doczeka, ja po raz enty uśmiechałam się na te słowa. Z dumą patrzyłam jak moje dzieci mówią głośno i wyraźnie do dziadka, który nic już prawie nie słyszy, tłumacząc mu wszystko jak dziecku. Nawet Łatek stanął na wysokości zadania i wpakował się babci na kolana, mrucząc przy tym i przymykając oczy. 

               Z obiadem nie było specjalnego kłopotu, jedzenia dość zostało po świętach. Luz blues, nie trzeba nic gotować. Po południu szybko więc zabraliśmy się do gwoździa programu, czyli gier planszowych. Gwiazdka i Mikołaj dostarczyli nam w tym roku wiele nowych atrakcji. Szachy, reversi, no i hit - super farmer! Nasz salon zamienił się dom gier. Mąż hodował  dwa tuziny królików, a dzieci piszczały, gdy ich stada dziesiątkował groźny wilk.

                Strasznie się wszyscy dziś umęczyliśmy. Czas odpocząć. W telewizji leci Toy Story, a ja mogę wreszcie poblogować. Bo my dziś obchodzimy bardzo rodzinne święto - Święto Świętego Spokoju.

 

czwartek, 25 grudnia 2008
Planowanie rodziny

          W dzisiejszych czasach rodzinę się skrupulatnie planuje. W wieku 28 lat pierwsze dziecko, potem drugi awans, następnie tuż przed trzydziestymi urodzinami drugie dziecko... Dwie pensje, dość spore, duży dom, pięć sypialni - można więc sobie na dzieci pozwolić.

            Dzieci z rodzin wielodzietnych są ponoć lepiej przystosowane społecznie, bo już od małego musiały ze sobą konkurować. No właśnie, pal sześć, jeśli przedmiotem konkurencji są zabawki czy kieszonkowe. Gorzej, jeśli dzieci muszą walczyć o uwagę rodziców i czas im poświęcony. Ktoś może powiedzieć, że trójka czy czwórka dzieci to nie tak wiele i zawsze znajdzie się dla nich czas. Ale pomyślmy przyszłościowo: trójka dzieci daje średnio szóstkę wnuków. Co więc będzie w przyszłości? Czy będziemy w stanie być dobrymi dziadkami dla takiej gromadki? Przecież każde dziecko zasługuje na babcię, która opowiada bajki i dziadka, z którym się fajnie gra w warcaby. Czy starczy nam wtedy sił i uczuć dla wszystkich? Przecież nie wystarczy, że tylko spędzimy całą rodzinę raz do roku na święta, czerwoni z dumy, jaka to ona wielka... 

            Ja nie mam rodzeństwa i zawsze ubolewałam na brak towarzystwa w dzieciństwie. Teraz jest odwrotnie, cieszę się, że mam rodzinę, która jest ze mną, gdy tego potrzebuję. Na moich rodziców mogę zawsze liczyć, nie muszę się z nikim nimi dzielić. Dzięki temu, że jestem jedynaczką, moje dzieci mają przynajmniej jednych normalnych dziadków, których nie podziwia się tylko na zdjęciu. Jestem egoistką?

             Wiem, że nie wolno generalizować i zapewne są rodziny wielodzietne gdzie panuje sprawiedliwy podział nie tylko majątku, ale i uczuć. Bo rodzinę trzeba wcześniej zaplanować, zaplanować podług wielkości swego serca, tak aby starczyło go dla wszystkich.

               To tyle obserwacji, zza ogromnego świątecznego stołu.

 

Świąteczna kaczka w domysłach

          Nigdy nie byłam dobra w kuchni, w innych pomieszczeniach owszem, ale nie w kuchni. Studiuję zatem stosy książek kucharskich, dzięki którym od czasu do czasu potrafię wyczarować coś smacznego. Dziś jednak po poradę udałam się do mojej mamy - kulinarnej guru.

           Zapragnęłam upiec kaczkę. Nie chciałam jednak piec anonimowej kaczki z internetu, lub takiej jak jada Makłowicz. Chciałam domową, rodzinną kaczkę. Sprawdzoną. Poprosiłam więc mamę o prosty przepis:

Składniki: kaczka

Bierzesz kaczkę, przyprawiasz do smaku i pieczesz tak długo aż się upiecze. 

      Ciężko jest podtrzymywać rodzinne tradycje. Smacznego!

 

 
1 , 2
Liczniki